Piotr i Hana

Piotr i Hana

poniedziałek, 29 czerwca 2015

Rozdział VIII



Mam dla was obiecany rozdział... Jest chyba troszkę dłuższy od poprzednich. Dziękuję wam za komentarze i za wyświetlenia <3 zapraszam do czytania



-Hana ty…- obudziła się… otworzyła oczy i patrzyła się na mnie czekając aż coś powiem.- Ja… Ja za nic cię nie przepraszałem. Prosili mnie tylko, żebym sprawdził, czy wszystko ok.- rzuciłem jak ostatni debil. Głupio było mi się przed nią przyznać do chwili słabości.
-Ale… słyszałam…- wciąż była blada i zmarnowana.
-Nic nie mówiłem…- nie mogłem jej pokazać, że bardzo mi jej brakowało. Wiele nas poróżniło. Była moją siostrą, ale chyba wstydziłem się jej przyznać do moich uczuć. Po prostu wyszedłem zostawiając ją samą. Idiota ze mnie, wiem. Ona teraz nie powinna być sama. Ale ja nie potrafiłem się cofnąć. Nie mogłem, chociaż próbowałem. Pomyślałem, że najlepiej zamelduje Samborowi, o Hanie, a potem wrócę do hotelu. Tak też zrobiłem. Chociaż miałem do siebie okropny żal.

~*~*~*~*~*~*~*~
Było mi duszno. Powietrze które wdychałam było ciężkie jakby była to sama para. Czułam obecność Przemka. Słyszałam, że coś do mnie mówił, ale rozumiałam co drugie słowo. Jednak gdy powiedział to znamienite „przepraszam” czułam się, jakbym odrodziła się na nowo. Poczułam jak odzyskuje władzę nad swoim ciało. Poczułam chłód na dłoniach. Moje powieki uniosły się bez większego wysiłku. Zobaczyłam mojego braciszka. Miał łzy w oczach, ale chyba nie zdawał sobie z tego sprawy.
-Też cię przepraszam, Przemek…- szepnęłam. Odskoczył jak poparzony… Zaczął się tłumaczyć, a potem wyszedł. Tak po prostu. Byłam pewna, że słyszałam jak mówi że mnie kocha i że przeprasza. Czekałam aż zawróci. Ale nie zrobił tego. Zamiast niego przyszedł do mnie Sambor. Pytał jak się czuję. Badał mnie. Wciąż było mi słabo. Cały czas czekałam na brata.
-Hana? Słuchasz mnie?-  Michał złapał mnie za ramię. Spojrzałam na niego tępym wzrokiem.
-Tak… A co mówiłeś?- uśmiechnął się szeroko. Jednak mi nie było do śmiechu.
-Że z Krzysztofem jest coraz lepiej.
-To super- szepnęłam, jednak chyba nawet Sambor wyczuł mój brak entuzjazmu.

~*~*~*~*~*~*~*~*~

-Wiesz Piotr… To chyba nie jest najlepszy pomysł- powiedziała Goldberg zapinając pas.- Zawieź mnie po prostu do mnie do mieszkania i tam przywieź dzieciaki.
-Mi się wydaje, że dla niech lepiej będzie dla nich, jak zobaczą cię znowu, w domu w którym mieszkają od prawie trzech miesięcy.- spojrzał na nią odpalając silnik samochodu.
-Boję się bardziej o reakcje twojej kobiety…
-Aśka sama to zaproponowała. Poza tym nie wie przecież, że wciąż ze sobą sypiamy.- na jego słowa Hana poczuła palące ciepło na policzkach. Gawryło uśmiechnął się na ten widok.- Uwielbiam ja się rumienisz… ślicznie wtedy wyglądasz- przejechał zewnętrzną częścią dłoni po jej twarzy.
-Przestań- zwaliła jego rękę.
-Przemek się odezwał?- położył rękę na gałce zmiany biegów.
- Nie… Nie odebrał nawet telefonu.- spojrzała na jego profil.
-Daj mu jeszcze trochę czasu…-  zaproponował.
-Tęsknię za nim… Myślałam, że już będzie między nami dobrze, ale widocznie się przeliczyłam. – położyła dłoń na jego dłoni. Jego kąciki ust powędrowały w górę. Spojrzał na nią. Siedziała poważna.
-Zaraz będziemy. Dzieciaki nie mogą się ciebie doczekać.
-Ja też…- na myśl o swoich pociechach jej oczy zaiskrzyły. Do końca drogi nie rozmawiali ze sobą. Gdy dojechali Piotr pomógł jej wysiąść. Podeszli do klatki. Gawryło zaczął klepać się po kieszeniach.
-Chyba nie wziąłem kluczy do mieszkania.- rzucił speszony. Kobieta uśmiechnęła się szeroko i objęła go. Włożyła dłonie do jego tylnych kieszeni wtulając głowę w jego tors.- Co robisz?- podążył zaskoczony za jej rękoma.
-Pomagam ci szukać. Jak dzieci śpią to lepiej nie dzwonić…- szepnęła.
-Wysyłasz mi sprzeczne sygnały, Hana…
-Nie wysyłam ci żadnych sygnałów- puściła mu oczko.- po prostu chciałam ci pomóc.-  nacisnęła guzik domofonu. Drzwi się otworzyły i Gawryło przepuścił Hanę w drzwiach. Pojechali windą na 6 piętro. Drzwi do mieszkania czekały na nich szeroko otwarte. Piotr wskazał ręką, żeby kobieta weszła pierwsza.
-Idź ty…- szepnęła. Uśmiechnął się i wszedł. Skierowali się do salonu. Na kanapie siedział jej syn. Kolorował jakąś książeczkę. Hana spojrzała na Piotra pytająco, a ten kiwnął głową. Kobieta podeszła do sofy i usiadła obok Ksendka.
-Cześć, kochanie…- szepnęła, ale chłopiec spojrzał na nią tylko wystraszony.- stęskniłam się za tobą.- położyła dłoń na jego główce, jednak on się odsunął. Hana podniosła wzrok. W tym samym momencie do salonu weszła wysoka brunetka. Na rękach trzymała zaspaną Itkę.
-Cześć… Jestem Asia- podeszła do Hany i podała jej rękę.
-Hana…- blondynka uścisnęła  lekko jej dłoń i spojrzała na swoją córeczkę. Urosła od czasu kiedy widziała ją po raz ostatni. Włoski jej wyjaśniały i zaczęły się kręcić.
-Możesz ją wziąć- uśmiechnęła się kobieta. Hana obejrzała się na Ksendka, który wciąż wpatrywał się w nią przenikliwym wzrokiem. Wyciągnęła przed siebie ręce i wzięła małą. Dziewczynka spojrzała przestraszona na Aśkę zaniosła się głośnym płaczem. W jej ślady poszedł jej straszy brat. Aśka chwyciła Itkę i niemal wyrwała ją Hanie. Piotr wziął na ręce syna. Chwilę trwało, zanim dzieci się uspokoiły Hana w tym czasie wyszła do kuchni. Nie wiedziała co ma robić. Była roztrzęsiona. Jej dzieci, które były dla niej wszystkim, nie poznały jej. Co więcej, bały się jej. Oparła się o blat. Po jej policzku popłynęła łza. Usłyszała jak ktoś wchodzi. To była Aśka. Mierzyła ją wzrokiem, który przyprawiał Hanę o jeszcze większe poczucie winy. Brunetka podchodziła coraz bliżej.
-Myślisz, że teraz pstrykniesz palcami i już wszystko będzie w porządku?- spojrzała na nią z wyrzutem.
-O czym ty mówisz?
-Doskonale wiesz. To tak nie działa. Nie było cię tyle czasu a teraz oczekujesz, że wszyscy padną do twych stóp i będzie jak dawniej. Ale wiele się zmieniło. Teraz Piotr już nie leci na każde twoje skinienie. Dzieci też już cie olały. Teraz jest mój czas. A ty powinnaś się usunąć w cień.
-Słucham?- wydusiła z siebie Hana z nutą drwiny. Mimo iż sytuacja przed chwilą ją dobiła, to teraz miała szczerą ochotę się śmiać. I jednocześnie dotarło do niej, że Aśka zgrywa aniołka tylko przy Piotrze.
-Wydaje mi się, że wszystko dobrze słyszałaś. A teraz możesz już iść. bo jakbyś jeszcze nie zauważyła to nikt cię tutaj nie chce.
-Zdziwiłabyś się.- blondynka ją wyminęła i wróciła do salon. Piotr trzymał dzieci na kolanach.- Będę już szła. Wpadnij z nimi jutro, ok.?
-Zawiozę cię.
-Nie… chcę się przejść. Przywieź mi tylko potem rzeczy. Pa maluchy- pomachała swoim dzieciom. Nie otrzymała żadnej odpowiedzi. Wzięła torebkę i wyszła. Szła ulicami Warszawy i myślała. Wiedziała, że nie jest idealną mamą. Nie umiała być idealna. Jej matka nigdy nie dała jej przykładu jaka powinna być dla swoich dzieci. Ale nie wiedziała co zrobiła aż tak źle, że dzieciaki jej nie chcą. Łzy spływały jej po policzkach, jednak nie miała ochoty nawet ich ocierać. Szła przed siebie. Niebo napływało ciemnymi chmurami. W oddali słychać było grzmoty. Ludzie przyspieszali kroku, żeby uniknąć konfrontacji z żywiołem. Jej było wszystko jedno. Nie przyspieszyła nawet gdy zaczęło padać. Deszcz zmieszany z gradem bombardował ją ze wszystkich stron. Szła przed siebie. Szła, dopóki drogo nie zajechał jej motocykl. Właściciel wstał i otworzył siedzenie. Wyjął z niego kask, który jej podał.
-Siadaj!- krzyknął, żeby zagłuszyć burzę. Hana nałożyła nakrycie na głowę i usiadła za mężczyzną. Nie jechali długo, jednak pokonali spory dystans. Podjechali pod małą kawiarnię i zaparkowali pod małą altaną.
-Po co mnie tu przywiozłeś?- rzuciła podając mu kask.
-Chciałem z tobą pogadać Hana…
-Dzwoniłam. Nie odbierałeś…- spojrzała na niego z wyrzutem.
-Przepraszam… A teraz chodź do środka. Porozmawiamy na spokojnie, ok.?- kiwnęła głową i ruszyła za bratem do kawiarni. Usiedli przy swoim starym stoliku. Podszedł do nich kelner.
-Czy mogę odebrać od państwa zamówienie?- kobieta spojrzała na brata.
-Poproszę latte z karmelem z jedną kostką cukru. I assam bez cukru.- uśmiechnął się do Hany. Kelner zapisał ich zamówienie i odszedł od stolika.
-Nie spodziewałam się, że pamiętasz jaką herbatę lubię.- także lekko się uśmiechnęła. Przez chwilę siedzieli w milczeniu.
-Czemu spacerujesz w taką pogodę? Dopiero wyszłaś ze szpitala. Chcesz tam wrócić z anginą?- rzucił z lekkim wyrzutem.
-Uwierz, że naprawdę jest mi wszystko jedno.- spuściła wzrok.
-Coś się stało?- złapał ją za rękę.
-Nie chce mi się o tym gadać.- powiedziała, kiedy dostali swoje zamówienie. Patrzyła na Przemka, wciąż nie dowierzając, że siedzi tu razem z nią.
-Wiesz, że możesz mi powiedzieć o wszystkim, prawda?
-Wiem.
-Hana… Ja… Tamte przeprosiny w szpitalu… Były szczere. Chciałbym naprawić to wszystko między nami. Oczywiście jeśli się zgodzisz.- spojrzał na nią pytająco, wręcz prosząco. Nic nie odpowiedziała. Tylko kiwnęła mu głową.
-Moje dzieci się mnie boją.- szepnęła w końcu. Spuściła wzrok, żeby nie patrzeć bratu w oczy.
-Czemu?
-Nie wiem. Boje się, że całkiem je straciłam. Ten aniołek z różkami mi je odebrał.
-Hana… to ty jesteś ich mamą. To ciebie kochają. Dawno cię nie widziały. Ale obiecuje ci, że wszystko wkrótce wróci do normy.
-A jeśli nie?
- Zabierz je z powrotem do siebie…
-To nie takie łatwe, Przemek. Przywiązały się do Piotra… i do tego szatana w spódnicy. Wiesz co ona mi powiedziała?
Rozmawiali ze sobą jeszcze dobrą godzinę. Nie była to taka rozmowa, jak te z dawnych lat, jednak zrobili jakiś krok ku sobie. Potem Przemek odwiózł ją do domu. Była tak padnięta, że zasnęła nawet bez kąpieli.
~*~*~*~*~*~*~*~
-Wiesz Piotr? Kocham cię…- szepnęła wtulając się w nagi tors swojego faceta.
-Ja cię też…- pocałował ją w czubek głowy.
-Co tu się dzieje?!- do sypialni wpadła rozwścieczona Aśka.
-Kochanie… To nie tak jak myślisz…- Piotr wyskoczył z łóżka i zaczął się ubierać. Hana leżała oparta na łokciach. Nie mogła się ruszyć.
-Robisz ze mnie idiotkę?! Od dawna to się ciągnie?!- rzuciła w Gawryłę koszulką.
-Nie.- podszedł do niej z wyciągniętymi rękoma.
-Wynoś się stąd. Wynoście się oboje!- odepchnęła go.
-Asiu…
-JUŻ!
-Zachowujesz się, jak dzieciak! Daj mi to wytłumaczyć, nie przerywając, ok?!
-Zniszczę cię! Zniszczę was oboje.- rzuciła w kierunku Hany, a jej twarz zaczęła przybierać kształt głowy węża. Źrenice zrobiły się podłużne, a tęczówka rozlała się zielenią na całą gałkę. Z ust wyłonił się cienki rozdwojony język.

~*~*~*~*~*~*~*~

Gdy zadzwonił budzik, Hana poderwała się z łóżka cała zapocona. Tego koszmaru z pewnością na długo nie zapomni...



Mam nadzieję, że wam się podobało ;) Wyraźcie swoją opinię w komentarzach(dacie rade 25? :P).
W razie pytań zapraszam was na:
Maila: al0998@wp.pl
GG: 52803613
Aska: http://ask.fm/CobraAleks
i FB: https://pl-pl.facebook.com/pages/Hapi-forever/811541645528597 


 Czytajcie, komentujcie, udostępniajcie!
Tym którzy zakończyli już swój rok szkolny, życzę udanych wakacji :*


Pozdrawiam,
Alex






poniedziałek, 15 czerwca 2015

Witajcie Kochani,
Przepraszam Was za kolejny przestój, ale po prostu nie mam czasu nic napisać. Myślę, że następne opo dopiero po 26, bo teraz dopiero moi kochani nauczyciele uświadomili sobie, że nie mają wystarczająco ocen żeby wystawić oceny i tak oto w tym tygodniu mam jeszcze trzy sprawdziany i parę kartkówek <3 A w następnym mam "wycieczkę" (jedzie ktoś może na przystanek PaT, 23-24 czerwca? :P). Tak więc wtorek-środa odpada, a w czwartek i piątek mam parę spotkań ze znajomymi, żeby świętować przeżycie kolejnego roku szkolnego :P Ale obiecuje zrekompensować Wam to długiiiim rozdziałem, i mam spoiler na zachętę ;)


"Ale ja nie potrafiłem się cofnąć. Nie mogłem, chociaż próbowałem." 
"Myślisz, że teraz pstrykniesz palcami i już wszystko będzie w porządku?[...] To tak nie działa"
"Zachowujesz się, jak dzieciak! Daj mi to wytłumaczyć, nie przerywając, ok?!"
"-Przepraszam...

"-Zniszczę cię! Zniszczę was oboje."


Zapraszam już w najbliższe wakacje :)


Pozdrawiam,
Aleks

poniedziałek, 4 maja 2015

Rozdział VII



-Hanie się pogorszyło...-rzuciła bez ogródek.
-Jak to się pogorszyło? Czemu? Przecież jak wychodziłem było wszystko ok.- usiadłem na fotelu. Aśka spojrzała na mnie pytająco.
-Nie wiem czemu... Nagle zbladła, a potem zemdlała. Nie mogliśmy jej ocucić więc zabraliśmy ją na tomografię. Wykryliśmy krwiaka. Widocznie wcześniej był zbyt mały, żeby go zauważyć. Ale prawdopodobnie pod wpływem jakiegoś stresu musiał się powiększyć. Piotr… Możesz przyjechać? Dobrze by było, żeby był przy niej ktoś bliski.- wziąłem głęboki oddech. Za dużo informacji na raz.
-Mogę wziąć dzieci? Bardzo za nią tęsknią.- nie chciałem tam jechać sam. Poza tym, już niedługo moje dzieciaczki zapomną jak wygląda ich mama.
-Piotr… przecież wiesz, że nie możesz. To wbrew zasadom.
-Lena... a jeżeli to będzie ostatnia szansa, żeby ją zobaczyły?
-Nie mów tak. Przyjeżdżaj szybko.- rzuciła i się rozłączyła.
-Muszę jechać.- powiedziałem Aśce wstając z fotela.
-Gdzie? Co jest, Piotr?
-Z Haną jest bardzo źle. Jak dzieciaki wstaną to nakarm je. Nie wiem czy wrócę na noc.
-Jak to nie wrócisz?! Przecież wiesz, że Ksendek bez ciebie nie zaśnie.
-Musisz sobie poradzić. Na razie- rzuciłem i wyszedłem. Jechałem jak szalony. Dziękować Bogu, że nie zatrzymała mnie policja. I tak wydawało mi się, że jechałem wieczność. Do szpitala wbiegłem tempem, które wydawałoby się niemożliwe. Biegłem na OIOM. Hana leżała na swoim łóżku. Jakby spała, ale oddychała bardziej spokojnie niż snu. Z daleka wyglądało, jakby wcale nie oddychała. Podszedłem do niej. Była blada jak ściana. Pogłaskałem ją po głowie. Na sale weszła Lena. Spojrzałem na nią.
-Jeżeli do pojutrza krwiak się nie wchłonie będą ją operować.- usiadła na brzegu łóżka Hany. Złapała ją za dłoń.
-Kto ją będzie operował?
-Sambor i Tretterem…
-To moja wina?
-To nie jest niczyja wina…
~*~*~*~*~*~*~*~

Mój pierwszy dzień w nowej pracy dobiegł końca. Rano strasznie się go bałam, tak strasznie, że nawet śniadania nie zjadłam. W szpitalu byłam całe pół godziny przed czasem. Jak weszłam do pokoju lekarskiego czekał na mnie komitet powitalny. Mój ukochany braciszek- Przemek i jego dziewczyna- Wiktoria, mój nowy szef-Stefan i jeszcze jeden lekarz. Chyba chirurg, bo ubrany był w niebieski uniform. Nie widziałam jego twarzy, bo stał twarzą w stronę okna.
-Hej, Hana!- rzuciła Wiki, gdy tylko mnie zobaczyła i uścisnęła mnie z uśmiechem. W tym momencie tajemniczy mężczyzna odwrócił się przez co mogłam ujrzeć jego twarz. Jedyne co wtedy pomyślałam to było „WOW!!!”.  Takie ciacho… i będę z nim pracować w jednym szpitalu??? Taaaak! Podszedł do mnie i wyciągnął w moją stronę dłoń.
-Cześć, jestem Piotr.- uśmiechnął się pokazując cały rządek białych zębów. Był wręcz cudowny, jak nie z tego świata. Te jego słodkie brązowe oczy… I ta siwizna na skroniach, która tak bardzo dodawała mu uroku. Miał drobne zmarszczki tu i ówdzie, ale mimo to cholernie mi się spodobał. Mogę powiedzieć więcej… zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia… Podałam mu dłoń. Gdy nasze palce się zetknęły przeszedł mnie przyjemny dreszcz.
-A ja Hana, miło mi cię poznać- uśmiechnęłam się lekko. I tak właśnie go poznałam. Potem się dowiedziałam, że cały dzień ma być moim „aniołem stróżem”. Bardzo mnie to cieszyło… Ale mojego brata chyba nie. No ale cóż… to nie był ciężki dzień. Spodziewałam się czegoś gorszego. A fakt, że przez cały dzień Piotr chodził za mną krok w krok jeszcze bardziej napawał mnie optymizmem. W przerwie poszliśmy na kawę do szpitalnego bufetu. Piotr kazał mi usiąść i poszedł zamówić dla nas napój. Uśmiechnęłam się do niego gdy wrócił. On także się uśmiechnął. Postawił przede mną filiżankę. Mmm… to było pyszne.
-Smakuje?- uniósł lekko kąciki ust.
-Bardzo…- zaśmiałam się.
-To bardzo się cieszę- puścił mi oczko. Bawiło mnie to. Tak samo, jak bawiło mnie moje zachowanie, zakochanej nastolatki. Ale naprawdę czułam w brzuchu te motyle…
-Słuchaj… Może dasz się dziś wyciągnąć wieczorem na jakąś kolacje? Może pokazałbym ci kawałek Warszawy?- zaraz, zaraz… czy on mnie właśnie zaprosił na randkę? No oczywiście słodziaku, że z tobą pójdę…
-Wiesz… Z przyjemnością… tylko powiedz gdzie i o której…- uśmiechnęłam się. On także się uśmiechał. Było tak słodko, że aż chyba za bardzo… Ale nie mogłam się opanować.
-Mmm…O 19 po ciebie przyjadę. Masz, napisz mi swój adres- podał mi mały notatniczek i długopis. Napisałam najwyraźniej jak tylko umiałam i podałam mu powrotem jego „gadżety”. Będę miała randkę z największym przystojniakiem jakiego kiedykolwiek widziałam…

~*~*~*~*~*~*~

-Wiesz czego najbardziej żałuje? Że cię zostawiłem kiedy potrzebowałaś mnie najbardziej. Że traciłem czas na ciąganie cię po sądach, a nawet nie zapytałem jak się czujesz, czy nie trzeba ci jakoś pomóc, że nie przytuliłem cię… widziałem, że cała ta sytuacja cię przerasta. Przepraszam cię, Hana. Zakochałem się w tobie, jak zobaczyłem cię wtedy pierwszy raz, twojego pierwszego dnia w pracy. Tak pięknie się do mnie uśmiechałaś. Nigdy nie przestałem cię kochać…- mówiłem do niej, jak kazała mi Lena. Wciąż była nieprzytomna. Wciąż blada i zimna. Zastanawiałem się, czy czuje ten chłód, albo czy słyszy co do niej mówię. Leżałem koło niej i przytulałem ją do siebie. Uświadomiłem sobie, że jednak nie powinienem przywozić tu dzieci. To nie jest mama, jaką powinny oglądać. Jeżeli coś się jej stanie, to lepiej, żeby zapamiętały ją, jeżeli w ogóle, taką jaka zawsze była. Uśmiechniętą i beztroską. Cieszącą się z każdego drobiazgu, ceniącą każde małe stworzonko. Teraz nawet jej blond włosy przybrały mysio-szarą barwę. Miałem nadzieję, że krwiak się wchłonie. Nie chciałem, by musiała przechodzić tak ciężką operacje. Bałem się o nią. A co jeżeli jej zabraknie? Co z naszymi dziećmi? Za jakąś godzinę miała mieć kolejną tomografie.


~*~*~*~*~*~

Obudziłam się, bo zrobiło mi się chłodno. Otworzyłam oczy. Piotr już nie spał. Przyglądał mi się. Nic nie powiedziałam, tylko złożyłam na jego ustach czuły pocałunek.
-Mmm. Dzień dobry- szepną cicho.
-Dzień dobry…- odpowiedziałam wtulając się w jego tors. Pogłaskał mnie po głowie, a następnie przykrył mnie dokładniej.
-Wyspałaś się?
-Powiedzmy…- zaśmiałam się. Tej nocy mieliśmy nasz pierwszy raz.

~*~*~*~*~*~*~*~

Druga doba po operacji, a ona wciąż spała. Tak bardzo chciałem, żeby otworzyła oczy. Albo chociaż ścisnęła moją rękę. Czekałem, bo cóż innego mogłem zrobić. Musi się w końcu obudzić. Dzieci za nią tęsknią. Z resztą ja też.
-Piotr… Jedź do domu. Wykąp się, bo naprawdę nie przyjemnie się tu wchodzi, stary- usłyszałem Przemka. Stał w drzwiach.
-Nie mogę jej zostawić samej…
-Ja z nią zostanę…- powiedział po czym niemal wyrzucił mnie z Sali… cóż innego mogłem zrobić, jak tylko jechać do domu.

~*~*~*~*~*~*~

Moja malutka siostrzyczka leżała tu taka bezbronna. Podszedłem do jej łóżka. Leżała tu już tyle czasu, a ja dopiero teraz zebrałem się na odwagę, żeby do niej przyjść. Kiedyś byliśmy nie rozłączni…  A potem? Potem padło między nami za dużo złych słów i za dużo krzywd sobie wyrządziliśmy.
-Kocham cię, mała… i przepraszam- szepnąłem. Dlaczego tylko jak spała? Zamknąłem oczy. Położyłem jej dłoń na ramieniu.
-Też cię przepraszam, Przemek…




Hej:) sorry, że tak późno, ale dopadła mnie wena ;) mam nadzieję, że wam się podobało? :P jak tak to komentujcie ;)


Pozdrawiam Aleks

niedziela, 19 kwietnia 2015

Rozdział VI



Znowu nawaliłam. Sorka, ale tak niestety wyszło :/ Teraz tylko oby do końca kwietnia, potem w szkole będą już większe luzy i będę miała więcej czasu dla was :P Dzięki za wejścia!!! Jesteście cudowni :*  Zapraszam na opo ;)




Brat…Brat…Brat…Brat…Brat…Brat…Brat…Brat…Brat…Brat…Brat…Brat…Brat… Osoba, która jest przy nas całe życie. Która nas wspiera, ale i dołuje. Której nikomu nie pozwolimy poniżyć, chociaż sami robimy to prawie codziennie. Ktoś, kogo kochamy, ale mu o tym nie mówimy. Młodszy brat… Osoba, która uważa nas za wzór do naśladowania. Która nas szanuje i jednocześnie nie szanuje. Ale jest kimś, komu możemy powierzyć nasze tajemnice… Kimś, kto zna nas lepiej, niż my sami… A ja poznałem mojego brata dopiero w wieku 42 lat. Nie wiedziałem jakim cudem mam brat. Kiedy moi rodzice się rozwiedli miałem 7 lat. Od tamtej pory nie widziałem mojej matki. Ale nie przypominam sobie, żebym miał brata. Mimo iż Krzysztof rzekomo był moim młodszym bratem to ja wciąż go nienawidziłem. Cieszyłem się, że prawdopodobnie już nigdy się nie obudzi, chociaż wiedziałem, że nie powinienem tak życzyć nawet obcemu. On odebrał mi żonę… Dzieci…
-Piotr… Piotr… Budzimy się…- usłyszałem głos Hany.
-Co jest?
-Zemdlałeś…- zamrugałem pare razy. Leżałem na szpitalnym łóżku obok Hany.- Dobrze się czujesz?
-Nie.
-To dobrze… Jak to nie?
-Nie! Nagle dowiaduje się, że mam brata! Jak ty byś się czuła?!- uniosłem głos.
-Nie krzycz na mnie Piotr… Nic nie zrobiłam.- wstałem z łóżka. Zakręciło mi się w głowie.
-Nic nie zrobiłaś…- spojrzałem na nią z lekką pogardą… no może trochę bardziej niż lekką. Ruszyłem w stronę drzwi.
-Piotr… zaczekaj…-złapała mnie za ramię. Wyrwałem się.
-Zostaw mnie.- wyszedłem. Byłem niemiły. Wiem. Ale nie umiałem inaczej. Byłem bardzo rozczarowany… wyszedłem ze szpitala. Usiadłem na ulubionej ławce i zapaliłem papierosa. Jednego, drugiego… gdy zrobiło mi się niedobrze, uświadomiłem sobie, że Hana została tam zupełnie sama. Ale nie zamierzałem wracać. Może jutro. Wsiadłem do samochodu. Prawie godzinę stałem w korku. Jednak w końcu udało mi się dotrzeć do domu. Drzwi były zamknięte. Wygrzebałem z kieszeni klucze i wszedłem do środka. Od progu usłyszałem śmiech Ksendka. Mała pewnie spała. Zdjąłem bluzę i przeszedłem do salonu. Aśka i Ksendek układali puzzle. Mały jak tylko mnie zobaczył zeskoczył z kolan mojej dziewczyny i podbiegł do mnie. Wziąłem go na ręce i ucałowałem.
-Czesc tattoooo
-Cześć… Jak się bawiłeś?- uśmiechnąłem się do niego. Położył mi głowę na ramieniu i zamknął oczy. Chyba był zmęczony. Zaniosłem go do pokoju. Położyłem go na jego łóżku. Uśmiechnął się do mnie, a chwilę potem zasnął. Poszedłem zobaczyć do Itki. Słodziutko spała. Jak jej mamusia… Nie, stop. Nie będę myśleć o Hanie. Pogłaskałem maleństwo po głowie. Odwróciłem się. U drzwiach stała Aśka. Uśmiechała się. Podeszła do mnie i mnie objęła. Schyliłem się i pocałowałem ją.
-Idę wziąć prysznic…- szepnąłem jej na ucho.
-Iść z tobą?- zagryzła wargę.
-Kuszące, ale pójdę sam.- założyłem jej za ucho kosmyk włosów i minąłem ją.
~*~*~*~*~
Znowu byłam sama… Piotr wyszedł ponad półtorej godziny temu. Miałam nadzieję, że wróci, ale chyba jakby miał wrócić to już by to zrobił. Nie powinnam była mu tego mówić. I nie powinnam tyle tego ukrywać. Byłam na siebie wściekła. Znowu zraniłam faceta, którego kochałam najbardziej na świecie.
Idiotka.
Idiotka.
Idiotka.
Zadzwonić do niego? A jak nie odbierze? A jak odbierze? Kurcze… Zaczęłam zachowywać się jak zakochana nastolatka. Wzięłam telefon i wybrałam jego numer. Jeden sygnał, drugi, trzeci, szósty. W końcu ktoś odebrał.
-Cześć Piotr. Słuchaj, przepraszam…- zaczęłam mówić nie czekając zanim ktoś się odezwie po drugiej stronie.- Ja chciałam ci powiedzieć już dawno, ale nie wiedziałam jak…
-Przepraszam, że pani przerywam, ale Piotr jest pod prysznicem. Mogę jakoś pomóc?- usłyszałam głos jakiejś kobiety. Zapewne tej ze zdjęć.
-Yyyyy… Może mu pani przekazać, żeby oddzwonił?
-Oczywiście… A kto mówi?- no tak… mam zastrzeżony.
-Hana. Hana Goldberg.- szepnęłam. Zastanawiałam się, czy już się nie rozłączyć…
-Hana? Ta Hana?- zapytała po chwili
-Zależy o jaką pani pyta- odpowiedziała trochę nie miło.
-Masz wspaniałe dzieci.- od kiedy jestem z nią na TY? Zaczynała mnie coraz bardziej denerwować.
-Mogę porozmawiać z Ksendkiem?- nie miałam ochoty słuchać tej kobiety. Też mi odkrycie, że moje dzieci są wspaniałe…
-Śpi… Przekażę Piotrowi, że dzwoniłaś…
-Dziękuję… Dowidzenia.- rzuciłam i rozłączyła, się. Zaraz… Co się ze mną działo? Przecież zwykle starałam się być miła dla ludzi. A wobec niej nie miałam ochoty nawet udawać. Położyłam komórkę na szafce koło łóżka. I co teraz? Byłam sama. Nie miałam nawet książki, żeby poczytać. Może poprosić Lenkę, żeby przyszła. Albo Przemka. No fakt Przemek odpada. Odkąd wyszłam za Krzysztofa nie żyjemy ze sobą najlepiej. Owszem, jest wujkiem dla moich dzieci, ale ja nie mogę liczyć na wspólny wyskok na kawę, czy też całonocne pogaduchy. Kiedyś nienawidził Piotra, jednak w końcu się zaprzyjaźnili. Tak bardzo, że koniec końców, mój własny brat mnie znienawidził. Nie dość, że straciłam faceta to i brata. Po moim rozstaniu z Piotrem przez długi czas nie odbierał ode mnie telefonu. Unikał mnie w  szpitalu. Aż w końcu nie wytrzymałam i poszłam do niego do domu.

~*~*~*~*~

Ciepły sierpniowy wieczór. W ciągu dnia trochę padało, ale koło 16 wszystko zaczęło powoli wracać do normy. No prawie wszystko. Tak na prawdę to tylko pogoda… Dzwoniłam dziś do Przemka już pięć razy. I nic. Nie odebrał ani razu. Nie mogłam już tego wytrzymać. W ciągu trzech ostatnich miesięcy nie odezwał się do mnie ani słowem. A ja go teraz potrzebowałam. Zostałam sama… W ciąży… Od równo tygodnia nie jestem żoną Piotra. Poważnie rozważam wyjazd do Izraela. Tu moje życie już nie ma sensu. Nie poradzę sobie sama z dzieckiem. Zawsze marzyłam, żeby zostać mamą. Ale teraz? Wychowywałam się przez jakiś czas w niepełnej rodzinie. I nie było to fajne. Nie chciałam, żeby mój synek też musiał to przeżywać. Cały czas miałam nadzieję, że Piotr mi wybaczy. Kochałam go. Zawszę będę go kochać.  Tak samo jak kocham mojego brata. Jednak żaden z nich nie chciał mnie znać. Zrobiłam Piotrowi straszne świństwo. Wiem. Ale jestem pewna, że to jego dziecka się spodziewam. Musiałam teraz porozmawiać z Przemkiem. Potrzebowałam, żeby mnie przytulił, pocieszył. Prawie byłam już pod hotelem, kiedy zawahałam się. Nie. Muszę z nim pogadać. Przyspieszyłam kroku. Po chwili stanęłam przed drzwiami domu mojego brata. Zamknęłam oczy i wypuściłam powietrze. Nacisnęłam dzwonek. Po chwili otworzył mi mój brat. Spojrzał na mnie i zrobił sobie swoją charakterystyczną zrezygnowaną minę.
-Cześć. Mogę wejść?- zapytałam patrząc na niego prosząco.
-Oli ani Wiktorii nie ma.- rzucił oschle. Mimo tego tak miło było słyszeć jego głos.
-Wiesz przecież, że przyszłam do ciebie.
-My chyba nie mamy o czym rozmawiać.
-Przemek, proszę… Potrzebuję cię.
-Ostatnio jak kogoś potrzebowałaś, to znalazłaś sobie kochanka. Więc możesz iść do niego.
-Przemek…
-Nie mam ochoty z tobą rozmawiać, jasne?
-Ale…
-Idź już. I nie przychodź więcej.- zamkną mi przed nosem drzwi. Po moim policzku spłynęła łza.

~*~*~*~*~*~

Po moim policzku spłynęła łza. I jeszcze jedna. A za nią kolejne. Od tego wszystkiego rozbolała mnie głowa. Zrobiło mi się bardzo zimno. Drzwi do sali się otworzyły. Stanęła w nich Starska. Spojrzałam na nią. Kręciło mi się w głowie.
-Lena… Słabo mi…

~*~*~*~*~*~

Wyszedłem spod prysznica. Trochę mi to pomogło. Mój synek dalej spał, a Aśka karmiła Itkę.
-Dzwonił do ciebie telefon- rzuciła moja kobieta jak mnie zobaczyła.
-Kto?- zdziwiłem się lekko.
-Hana. Prosiła żebyś oddzwonił. – odstawiła bulkę małej. Podszedłem i wziąłem moją córeczkę. –Oddzwonisz?
-Nie…
-Czemu? Wydaje mi się, że jej na tym bardzo zależało- spojrzałem na nią karcąco. – Dobra, już dobra. Mam się nie wtrącać. – gdy skończyła mówić zadzwonił mój telefon.- mówiłam, że jej zależało.
-To nie ona. To Lena.- rzuciłem i odebrałem telefon.- Halo?
-Piotr. Przyjeżdżaj szybko. Hanie się pogorszyło- rzuciła bez ogródek.






Co dalej? 
Może 20 kom? :P 
Tylko bez spamu :D
Czytajcie, komentujcie, udostępniajcie 

Pozdrawiam,
Aleks

piątek, 27 marca 2015

Rozdział 5


W końcu... Mam nadzieję, że tęskniliście :P Część krótka (jak zwykle), ale sporo się w mniej dzieje. mam nadzieję że Wam się spodoba :D


-Hana? Hana? Słyszysz mnie?- ktoś trzymał dłoń na moim ramieniu. Słyszałam damski głos. Dopiero po chwili zorientowałam się, że mam otwarte oczy i patrzę w biały sufit. Przekręciłam głowę w parawą stronę i zobaczyłam nad sobą Lenkę. Uśmiechnęłam się do niej, bo nie bardzo wiedziałam co innego mogę zrobić. Nagle zdałam sobię sprawę, że jestem w szpitalu. Chyba na Biomie
-Hana, słyszysz?- kiwnęłam lekko głową
-Co się stało? Czemu tu jestem?- ocknęłam się. Przecież jechaliśmy samochodem…
-Hana… mieliście wypadek.-powiedziała po chwili namysłu
-Jaki wypadek?! Co z moimi dziećmi?- przerażona podparłam się na łokciach.
-Połóż się. – przytrzymała mnie.- Wszystko z nimi w porządku. Są z Piotrem.
-Jak to z Piotrem? Co się stało? Co Z Krzysztofem?- zaczęłam zarzucać moją przyjaciółkę pytaniami, które wpadły mi do głowy.
-Hana, Hana, zwolnij.- przerwała mi siadając na moim łóżku.- Po kolei. Jak wracaliście z urlopu mieliście wypadek pod Leśną Górę.- mówiła bardzo powoli.- Z twoimi maluchami wszystko jest w porządku. Piotr zabrał je do siebie. A Krzysztof… jest w śpiączce. Ma dużego krwiaka na mózgu i nie zapowiada się na to, żeby się szybko obudził. Ale się nie denerwuj, kochanie…- powoli analizowałam jej słowa. Wypadek. Z dziećmi ok. Krzysztof jest w śpiączce?!
-Co z moim mężem?!
-Hana, spokojnie. Będzie dobrze…- przytuliła mnie. Łzy napłynęły mi do oczu.
-Możesz zadzwonić do Piotra?- zapytałam, zanim się rozkleiłam.
-Oczywiście, że zadzwonię.- mówiła gładząc mnie po włosach. Chciałam zobaczyć moje dzieci. Całe i zdrowe. I chciałam zobaczyć Piotra. Gdy trochę się uspokoiłam Lenka zostawiła mnie samą, żeby zatelefonować. Wiedziałam, że Piotrowi nie uda się przemycić na oddział Ksendka i Itki, ale dalej się łudziłam. Nie wiem ile spałam, ale bardzo się stęskniłam za moimi maluchami. Zamknęłam oczy i położyłam się. Po moich policzkach wciąż spływały łzy. Zauważyłam, że na szafce przy moim łóżku leżał telefon. Wzięłam go i sprawdziłam datę. Był początek września. To nie możliwe. Spałam ponad miesiąc! Ale… Ale jak? Od tego wszystkiego rozbolała mnie głowa. Nie minęło 20 minut, a do Sali wszedł Gawryło.
-Hana… Czemu płaczesz?- od razu do mnie podszedł i objął, jak wcześniej zrobiła to Starska.
-Co z moimi dziećmi?- szepnęłam, gdy całował mój policzek.
-Wszystko dobrze. Bardzo szybko rosną. Szczególnie Itka. Mogę ci pokazać. Mam zdjęcia i filmiki.- kiwnęłam głową. Usiadłam i wtuliłam się w jego klatę. Pachniał cudownie. Jak zawsze z resztą. Wyjął z kieszeni telefon. Miał zdjęcie dzieciaków na tapecie. Faktycznie się zmieniły. Pokazywał mi zdjęcia na których Ksendek budował zamki z klocków, Itka miała całą buzię ubrudzoną kaszą, na których byli we trójkę. Było też pare zdjęć, na których moją córeczkę karmiła jakaś kobieta. Ta sama, która przytulała Ksendka. To ona przez ostatni miesiąc była matką dla moich dzieci. Znowu zachciało mi się płakać, jednak musiałam się powstrzymać. Nie chciałam tłumaczyć się z tego przed Piotrem. Potem Gawryło włączył mi filmik. Itka pięknie się uśmiechała. A Ksendek powiedział „Kocham cię, mamo.” Wtedy po moich policzkach popłynęły łzy, których mimo starań nie mogłam powstrzymać.
-Hejjj… Hana, nie płacz. Niedługo ich zobaczysz. Wiesz, że Itce wyżyna się ząb? Zrobiła się tak nieznośna jak ty- zaśmiał się. Ja mimo łez także zaczęłam się śmiać. Piotr pocałował mnie w czoło. Zrobiło mi się ciepło na sercu.
-Chce je przytulić…
-Bardzo za tobą tęsknią.
-Ja z nimi też.- spojrzałam mu w oczy. Byłam zaskoczona kiedy mnie pocałował, jednak bardzo mi się to spodobało. Tak dawno nie czułam smaku jego ust, że zapomniałam jakie są słodkie. Kiedy zabrakło mi powietrza oderwałam się od niego.-Mieliśmy z tym skończyć, Piotr…
-Przecież nie zrobiliśmy nic złego. To tylko pocałunek.
-Ja mam męża… ty też kogoś masz.
-Ciii… nie myśl teraz o tym. Najlepiej nie myśl o niczym.- założył i za ucho kosmyk włosów.
-Wiesz co jest moim największym marzeniem?- przejechałam dłonią po jego policzku. Nie czekałam na odpowiedź.- Żeby móc cofnąć czas. I żeby walczyć o ciebie. Nie pozwolić ci odejść.
-To także moje marzenie.
-Wyjedźmy stąd razem… Zabierzmy dzieci i ucieknijmy.
-Nie możemy, kochanie…
-Proszę…
-A powiesz mi prawdę?
-O czym?
-O Itce…
-Piotr… to skomplikowane
-Powiedz..
-Nie…- położyłam się i odwróciła do Gawryły plecami. A on bardzo mnie zaskoczył. Położył się obok i wtulił w moje plecy.
-Powiedz tylko tak, albo nie…
-Piotr… ja nie wiem.- pokręciłam głową. Miałam wszystkiego dość…
~*~*~*~*~*~*~
-Co znaczy „ja nie wiem”?- przekręciłem jej twarz w swoją stronę. Miała łzy w oczach. Nic nie mówiła. Leżała i patrzyła się na mnie. Nie wiedziałem co mam zrobić. Uniosłem ją lekko i położyłem jej głowę na swoim ramieniu.-Wytłumacz mi…- szepnąłem.
-To nie jest chyba moja sprawa…
-Jak to?- zdziwiła mnie trochę.
-Piotr… Krzysztof to twój brat…



Hmmm... może 30 kom?
Tylko bez spamu :P

Pozdrawiam 
Aleks

sobota, 21 marca 2015

Rozdział 4


Znowu krótka część, ale zależało mi, żeby było dziś.


Od tej sytuacji minęło już około miesiąca. Nie widziałem przez ten czas Hany. Byłem kilkakrotnie u nich w mieszkaniu ale nikt mi nie otwierał. Radwana także nie widziałem. W szpitalu chodziły plotki, że wziął urlop. I prawdopodobnie była to prawda. Nie odbierali moich telefonów. Nie wiedziałem co się dzieje z Haną, ani z moim synem… ani córką. Czułem się strasznie. Oszukany, zdradzony… To znanie na jej ramieniu. Miałem takie samo… Mój ojciec też… I Ksendek. Jak to się stało, że Radwan nic nie zauważył? I dlaczego do cholery Hana mi o niczym nie powiedziała?! Byłem wściekły. Na siebie, że się niczego nie domyśliłem. Na Hanę, że ukrywała przede mną tak ważną sprawę. Na Krzysztofa… na niego za wszystko. Że zabrał mi żonę, dzieci, dom. Słowem wszystko. Chciałem dać im spokój, pozwolić żyć w spokoju. Ale teraz? Teraz wiedziałem, że muszę odzyskać Hanę i dzieciaki… Był tylko jeden problem, Aśka… Moja narzeczona… Co miałem jej powiedzieć? Że bardzo mi przykro, ale to koniec, bo dalej kocham moją żonę? Nie mogłem jej tego zrobić. Ją też kochałem, ale nie tak jak Hanę… z rozmyślań wyrwał mnie głos przełożonej.
-Piotr… Słuchasz mnie?- rzuciła z lekkim oburzeniem Wiki.
-Tak… Nie do końca.- zrobiłem słodką minkę mając nadzieję, że ją udobrucham. Zaśmiała się i pokręciła głową. Udało się…
-Operujesz z Samborem nowotwór ślinianek. Za karę sam zapoznasz się z historią choroby…
-O nie… Na pewno nie podołam temu okropnemu zadaniu- zaśmiałem się, przez co oberwałem teczką z wynikami badań.
-Nie wiem co będzie, jak Hana szybko nie wróci…
-Nie bardzo rozumiem- zmarszczyłem brwi.
-Przecież wszyscy zauważyli, że zrobiłeś się rozkojarzony, po tym jak wyjechała.
-Idź już….

~*~*~*~*~*~*~*~

Byłam rozdarta… Piotr nie mógł poznać prawdy. Chyba że już ją znał… Wiem, że moja ucieczka nie była żadnym rozwiązaniem, ale to było jedyne co przyszło mi wtedy do głowy. Ale nadszedł już czas, żeby wracać i stawić czoła problemom. Siedziałam na plaży z dziećmi, a Krzysztof kończył pakować nasze rzeczy. To wszystko było naprawdę bardzo zagmatwane… Moje życie w tym momencie przypominało jakąś meksykańską telenowele. W ogóle, to gdyby to zależało ode mnie, wcale byśmy nie wracali do domu. Zostałabym tu na zawsze. Albo w ogóle  wróciła do Izraela. Ale Krzysztof się uparł. Ksendek już usypiał w moich ramionach… miałam nadzieję, że Itka szybko się nie obudzi i będę miała chwilę dla siebie. Bardzo mi się podobało to miejsce. Plaża była dzika, tylko ja i moje dzieci. Zdjęłam Ksendka z kolan i położyłam go na kocu. Przykryłam go pieluszką i wstałam. Podeszłam do morza. Uniosłam moją sukienkę do kolan i zrobiłam dwa kroki do wody. Była zimna. Lodowata. Wróciłam na brzeg i zrzuciła z siebie sukienkę. Cała zanurzyłam się w zimnej wodzie, która choć na moment zmyła ze mnie wszystkie troski. Nie mogłam odpłynąć zbyt daleko. Musiałam mieć oko na moje maluchy. Z każdą chwilą robiło mi się coraz cieplej. Zamoczyłam włosy. Było mi dobrze. Ale oczywiście jak zawsze musiał to koś popsuć.
-Hana! Hana, musimy już jechać!- krzyczał w moją stronę mój mąż.
-Zamknij się bo mi dzieci obudzisz!- odkrzyknęłam mu i zaczęłam płynąć w jego stronę. Jak zwykle musiał mi przeszkodzić. Wyszłam na brzeg, a mój mąż zjechał mnie wzrokiem.
-Nie boisz się, że ktoś przyjdzie i cię nakryje?-  rzucił mi ręcznik.
-Nie dawno mówiłeś, że nie ma szans, żeby ktoś się tu zjawił.
-To nie powód, żebyś spacerowała tu nago…
-Daj spokój.- ucięłam, zakładając swoją sukienkę.
-Budzić ich, czy przenieść na śpiąco?- zapytał kucając koło Ksendka.
-Na śpiąco. Skoro mamy jechać, to jedźmy…- Krzysztof wziął małego, a ja pchnęłam wózek z Itką w stronę samochodu.
-Dlaczego jesteś dla mnie taka nie przyjemna ostatnio?- w pewnym momencie zapytał mój mąż.
-Nie wiem, o czym mówisz.- spojrzałam na niego.
-Wiesz… Wiem, że martwisz się TĄ sprawą, ale dlaczego jednocześnie mnie odpychasz?
-Nie odpycham…- wyjęłam malutką z wózka i wsadziłam ją do fotelika w samochodzie. Krzysztof złożył wózek i włożył go do bagażnika. Wsiadłam i zapięłam pasy. Czekała nas długa podróż. Mój mąż wsiadł i odpalił silnik.
-Porozmawiaj ze mną…- położył dłoń na moim udzie.
-Zapnij pasy…- związałam swoje mokre jeszcze włosy.
-Hana… Musisz ze mną porozmawiać!
-Rozmawiam. A ty nie krzycz, bo jak obudzisz któreś z moich dzieci, to cię zamorduję.- powiedziałam obracając się w stronę okna. Krzysztof zrezygnowany wypuścił powietrze.- nie chcę wracać.-szepnęłam.
-Ale wrócisz- był wściekły. Przez resztę drogi nie odzywałam się do niego. On zadawał jakieś pytania, ale nawet nie słuchałam. W pewnym momencie zasnęłam. Nie wiem nawet kiedy. A potem długo nie mogłam się obudzić… 



Może 20 kom? ;P